"Zabójcy w Afryce" Alexander Lake

Tytuł Zabójcy w Afryce
Tytuł oryginału 
Killers in Africa
Autor Alexander Lake
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Data wydania 1998

Stron 208

Dawno, dawno temu zaczytywałam się w książkach podróżniczych. Potem nieco podrosłam, a tkwiące we mnie czytelnicze „ja” porzuciło opowieści o egzotycznych krajach na rzecz mrocznych fantastycznych światów oraz krwawych, kryminalnych zagadek. Jednak niedawna lektura książki „Gringo wśród dzikich plemion” wywołała we mnie pewną nostalgię i na jej fali sięgnęłam po gawędziarską książkę Alexandra Lake’a „Zabójcy w Afryce”.

Podtytuł tejże publikacji w obrazowy sposób pokazuje, czego możemy się po niej spodziewać - „Prawda o czatujących dzikich zwierzętach i myśliwych piszących o nich niestworzone historie”. Autor, urodzony w 1893 roku jeden z najsłynniejszych myśliwych działających na kontynencie afrykańskim, w kolejnych rozdziałach rozprawia się z powszechnie powtarzanymi mitami na temat dzikich zwierząt. Choć może zabrzmieć to paradoksalnie, Lake, który w swoim życiu zastrzelił setki, o ile nie tysiące zwierząt, jest jednym z najzagorzalszych miłośników i obrońców dzikiej przyrody. Jako jeden z pierwszych przekonywał, że zabicie goryla nie świadczy o odwadze, a tchórzostwie i okrucieństwu, są to bowiem jedne z najłagodniejszych stworzeń w Afryce.

Choć jestem zdecydowaną przeciwniczką polowań, „Zabójców…” przeczytałam z dużą przyjemnością. Autor praktycznie całe życie spędził przemierzając Afrykę wzdłuż i wszerz, polując na niemal każdy występujący tam gatunek ptaków i ssaków. Udowodnił przy tym, że prawdziwy myśliwy nie ma nic wspólnego z amatorem siedzącym bezpiecznie w samochodzie i strzelającym do wszystkiego, co jest w zasięgu wzroku. Przedstawił świat, którego już nie ma i który odchodził już w zapomnienie w chwili, gdy książka ta została po raz pierwszy wydana (1951 r.). Bezlitośnie też napiętnował głupotę i lekkomyślność, nie pozostawiając suchej nitki na niektórych „twardzielach”. Bardzo podoba mi się jego spojrzenie na Afrykę i buszujących po niej amatorów mocnych wrażeń.
W Afryce nie ma prawdziwie niebezpiecznych zwierząt dla myśliwego, który zna ich zwyczaje […]. Każdego roku Afryka przeżywa najazd hord amatorów grubej zwierzyny. Niektórzy z nich to prawdziwi myśliwi, ale niektórzy bez opamiętania rąsię do sztucera. Strzelają do wszystkiego, co zobaczą – do pawianów, antylop, zebr, żyraf, lwów, strusi – zostawiając za sobą krwawe szlaki poranionych i zabitych zwierząt […]. Ich zdolność do robienia rzeczy idiotycznych często jest przyczyną tego, że sami odnoszą obrażenia albo giną […]. Ale wini się zwierzęta, które niemal we wszystkich przypadkach chciały jedynie uciec.
Kolejne rozdziały okraszone są licznymi anegdotami i historiami o autorze oraz myśliwych, z którymi współpracował. Znajdziecie tu zarówno opowieści zabawne i wzruszające, jak i smutne i obrazujące ludzkie okrucieństwo oraz bezmyślność. Najbardziej zapadł mi w pamięci opis spotkania Lake’a ze stadem pawianów, którego przywódca okazał się bardziej ludzki niż niejeden człowiek, na którego można było natknąć się na afrykańskich bezdrożach. Ciekawostką jest także bardzo krytyczne spojrzenie na opowieść o dwóch lwach-kanibalach, zekranizowanej jako „Duch i mrok” – Lake udowodnił, że przedstawiony w niej bohaterski pułkownik Patterson wykazał się większą głupotą niż niejeden amator.

Książkę polecam wszystkim miłośnikom dzikiej przyrody i książek podróżniczych. Jestem przekonana, że spędzicie z nią czas równie miło jak ja.

Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań Trójka e-Pik oraz "Z półki".